Klub Żeglarski HORN Kraków

Lokalizacja:

ul. Kozia 22
30-733 Kraków

Telefon:

0 12  653 05 08
603 74-03-56
601 43 61 47

Opis

ul. Kozia 22
30-733 Kraków
tel: 12  653 05 08, 603 74 03 56, 601 43 61 47

Klub Żeglarski Horn Kraków zaprasza seniorów na przystań żeglarską nad zalewem Bagry.
Klub prowadzi zajęcia sportowe adresowane specjalnie do osób starszych, które chcą spędzać aktywnie swój czas wolny, które są otwarte na nowe znajomości i które lubią „gdy coś się dzieje". Proponujemy zajęcia fitness, zajęcia tai chi oraz zajęcia kondycyjne na siłowni mające na celu nabycie nowych umiejętności oraz podniesienie ogólnej sprawnościi poprawę stanu zdrowia.


Zajęcia fitness odbywają się 2 razy w tygodniu po 60 min. w godzinach przedpołudniowych


Zajęcia Tai Chi – 1 raz w tygodniu (wtorki) po 90 min. o godz. 8.30


Zajęcia na siłowni – siłownia jest otwarta w godz. 9.00 – 21.00


Wiosną i latem zapraszamy do udziału w zajęciach żeglarskich, które – w zależności od zainteresowań i potrzeb uczestników - mogą mieć formę zajęć rekreacyjnych lub mogą odbywać się jako kurs żeglarski, zakończony egzaminem i otrzymaniem patentu żeglarskiego.
Wszystkie zajęcia prowadzone są przez doświadczonych instruktorów, prawdziwych pasjonatów swoich dyscyplin. Ich program jest dostosowany do możliwości osób starszych.


Dodatkowo, seniorzy uczestniczący w naszych zajęciach sportowych, mogą korzystać z specjalnej oferty „Tawerny na Hornie" – każdorazowo po zajęciach zestaw „kawa lub herbata + ciasto" w specjalnej cenie.

Ośrodek Szkoleniowo-Żeglarski Horn jest miejscem pozbawionym barier architektonicznych i dzięki temu seniorzy oraz osoby niepełnosprawne mogą korzystać z wszystkich dostępnych tu możliwości: noclegów, spotkań integracyjnych, rekreacji czy wypoczynku.

Sportowa Akademia III Wieku

Na Przystani Klubu Żeglarskiego Horn Kraków trwają specjalne Kursy żeglarskie dla seniorów.

Szkolenia te pozwolą uzyskać patent żeglarski dla 16 osób w wieku 60+. Uczestnicy projektu Sportowa Akademia III Wieku mają już za sobą zajęcia teoretyczne i teraz szlifują wiedzę i umiejętności na jachtach typu Omega pod czujnym okiem wykwalifikowanej Kadry instruktorskiej.

Uczestnicy mogą być również pewni miłego i spokojnego towarzystwa oraz wrażeń, których nigdy nie zapomną!

Pływanie po jeziorach jest znacznie łatwiejsze i bardziej bezpieczne niż żeglowanie po morzach czy oceanach. Przede wszystkim żeglujemy tylko w ciągu dnia.Na jeziorze jest  mniejsza możliwość wystąpienia dużego sztormu, któremu towarzyszą silne wiatry i duże fale. Oczywiście nawet na jeziorze nie można lekceważyć pogorszenia pogody. Jeżeli jednak codziennie sprawdzamy prognozę i uważnie obserwujemy niebo, pływanie po jeziorze jest sportem bardzo bezpiecznym. Niezależnie od wieku żeglarstwo staje się pasją i sposobem na życie.
Jak widać Edukacja żeglarska nie musi ograniczać się do nastolatków.  

 Do zobaczenia na wodzie - niezależnie od wieku!!


Akademia Sportowa


Tai Chi dla osób starszych

Ukończenie 60 lat wcale nie oznacza, że mamy na bok odstawić ćwiczenia sportowe. Właśnie w tym wieku ciało potrzebuje ruchu, by jak najdłużej ciszyć się zdrowiem i dobrą formą. O tym przekonują się uczestnicy projektu „Sportowa Akademia III Wieku" prowadzonego przez Klub Żeglarski Horn Kraków.

Kiedy myślicie o Tai Chi, prawdopodobnie przychodzi wam na myśl obraz starszego Chińczyka, który w satynowej "piżamie" wykonuje na łonie natury ruchy wyglądające co najmniej dziwnie. Tylko po co on to robi? Po co uczestnicy sekcji Tai Chi w Sportowej Akademii III Wieku wykonują powolne, a jednak bardzo rytmiczne ruchy o zmiennym kierunku, wymagające przenoszenia środka ciężkości ciała? Ćwiczą, ponieważ uprawianie Tai Chi obniża ciśnienie tętnicze krwi niemal tak samo, jak umiarkowanie intensywne zajęcia aerobowe. Trenując bowiem tę dyscyplinę wpływamy pozytywnie nie tylko na swoje ciało, ale i ducha.

Uczestnik Sportowej Akademii III Wieku, który ćwiczy Tai Chi, poprawia działanie wielu różnych układów organizmu: mięśniowego, oddechowego, krążenia czy kostnego! Ćwiczenia Tai Chi pomagają pozbyć się dolegliwości bólowych związanych z artretyzmem, przywracają sprawność stawom i zwiększają ich wytrzymałość.

Zajęcia dla naszych seniorów są realizowane dzięki dofinansowaniu ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2012-2013. Regularnie uczestniczy w nich 16 osób w wieku powyżej 60. roku życia.

 

Tai Chi


 
Projekt "Sportowa Akademia III Wieku" jest dofinansowywany ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2012-2013 "




 Pływajcie po Wiśle – to wielka frajda


Od Krakowa do Szczucina – około 100 km w niecałe 5 dni, od 27 do 31 lipca 2015 r. To na dobry początek. Jak się powiedzie eksperyment, będziemy go kontynuować przez następne lata, aż do Bałtyku. Pierwszy odcinek jest najtrudniejszy. Ostrzega przed nim Marek Kamińśki w swojej książce „Wisła. 1047 tajemnic" pisząc: trasa o długości 167 km w początkowej fazie jest przeznaczona dla amatorów przygody, polegającej na zmierzeniu się z własnym poziomem adrenaliny po napotkaniu niespodziewanej, nie oznakowanej przeszkody wodnej.

No cóż, członkowie Klubu Żeglarskiego Horn Kraków, należący do aktywnej sekcji seniorów uważają, że to wyzwanie w sam raz dla nich.
Pierwszy dzień
Dwie łodzie Omegi, o nazwach Zefir i Zyga, ponton i samochód terenowy to skład naszej wyprawy. Dziesięć osób w sumie, w tym dziarscy seniorzy i jeden młody zawodnik Kornel plus wspomaganie w postaci bosmana Łukasza w pontonie i Jacka w samochodzie wiozącym namioty i inny sprzęt. Zaczynamy w zasadzie z Krakowa, ale łódki są dowiezione i spuszczone na wodę w miejscowości podkrakowskiej o nazwie Brzegi, na wysokości śluzy Przewóz. Pod śluzą, jak zwykle, nie ma wody i błoto do kolan, więc śluzowanie jest niemożliwe. Dopiero nieco poniżej, gdy rzekę zasila woda spuszczana z elektrowni, można myśleć o pływaniu. Śluza Przewóz to słaby punkt na szlaku wodniackim górnej Wisły. Jesteśmy na 97 kilometrze jej biegu. Pierwsze machnięcia wiosłami i wpływamy w obszar wirów tworzonych przez wodę spuszczaną z elektrowni. Efekt jest taki, że Zyga wraz załogą zaczyna podróż płynąc rufą do przodu. Mamy nadzieję, że nasz Zefir uniknie takiegoobciachu, bo Jacek z brzegu wszystko filmuje, ale prąd jest silniejszy i powtarzamy ten nieplanowany manewr.
Pierwszy odcinek upływa szybko. Płyniemy wartkim nurtem, jest dużo kamieni, zwłaszcza, że woda jest bardzo niska. Ślady obecności tu przed wiekami Puszczy Niepołomickej widoczne są do dziś w postaci skamieniałych pni drzew odsłaniających się w nabrzeżnych skarpach, pni o fantastycznych kształtach, zupełnie jak wylegujące się krokodyle i jaszczurki. Na rzece liczne korzenie, kamienie i inne przeszkody trzymają nas w stanie wielkiej uważności i wpatrujemy się do bólu w nurt usiłując „odczytać rzekę". W każdej chwili narażeni jesteśmy na niespodzianki, ale udaje się uniknąć złych doświadczeń. Po przebyciu dwudziestu kilometrów od punktu startu, pierwszy dzień kończymy na szerokiej plaży – kamienisku. Ale zanim powstanie biwak, mamy sprawdzian sił na brzegu, bo trzeba wyciągnąć auto Jacka, które zakopało się w kamieniach. W ruch idą saperki, deski podkładane pod koła i linka do burłaczenia. Udaje się. Stawiamy namioty, jemy zasłużony posiłek – obiad dostarczony z Hornu ( chwalimy kucharza) , potem czas na ognisko. Pierwsza noc w naturze, rano budzi nas pianie kogutów i ostre słońce grzejące namioty. Jesteśmy na 107 kilometrze, na mapie: wieś Koźlice koło Igołomi. Musimy wierzyć mapie, bo dookoła tylko zarośla, pełne barszczu Sosnowskiego.
Drugi dzień
Ośmieleni dobrym zakończeniem pierwszego odcinka raźno ruszamy do przodu. Stawiamy żagle, bo rzeka jest szersza, spokojniejsza, a i wiatr dość konkretny. Woda nadal pytka, zdarza się zahaczyć mieczem i płetwą sterową o kamienie. Wiosła zostawiamy w spokoju i podziwiamy krajobrazy. Wysokie skarpy porośnięte zielenią, bociany i łowne ptaki szybujące nad polem. W okolicy Nowego Brzeska pod wodą betonowy uskok – widzimy go w ostatniej chwili, na szczęście pozostaje z boku burty. Rzeka nie jest oznakowana, a pozostałości znaków, zardzewiałe i zdezelowane, starszą kikutami. Podobnie jak czynny niegdyś port w okolicy Wawrzeńczyc, w którym stoi kilka zardzewiałych statków i barka, wyglądajacy dość katastroficznie. Co jakiś czas na trasie mijamy barki, bagrownice wydobywające kamienie, ale w tym miejscu chyba dawno już nic się nie dzieje. Płyniemy w ciszy, unoszeni nurtem, uważając na kamienie. Przed nami pierwsze poważne przeszkody, na 119 kilometrze. Sternicy z łódek płyną pontonem, by się przyjrzeć z bliska. Żagle zwijamy, bo na najbliższym odcinku czekają nas emocje jak na raftingu. Co gorsza, w krytycznym momencie w naszym Zefirze zawodzi miecz, który nie chce się podnieść. Rafting pomiędzy głazami przeszedł gładko, a poniżej przeszkód usuwamy awarię, stawiając łódkę na burcie. Okazuje się, że podczas postoju przed „ kataraktami" gliniasty muł oblepił skrzynkę, miecz ugrzązł i przy ciągnięciu linka zerwała się. Mijamy kościół z klasztorem pijarów w Hebdowie i pałac w Śmiłowicach, ale wieże i dachy widać tylko z pewnej odległości, bo wysokie skarpy zasłaniają widok. Rzeka jest coraz szersza, przyjmuje kilka cieków wodnych, pojawiają się szerokie rozlewiska i spokojne ciemne zatoki. Skarpy są gliniaste, widać nieczynną cegielnię, potem most w Nowym Brzesku. Dziś czekają nas jeszcze jedne „katarakty", na 137 kilometrze. Jachty slalomem przechodzą między wystającymi nieledwie nad wodę wielkimi konarami, przy czym „Zyga" uszkadza poszycie burty i musimy załatać niewielką dziurę.
Za „porohami" Wisła poszerza koryto, dzięki przyjęciu wód Raby, wracamy więc do żeglarstwa, relaksując się pod wypełnionym fokiem. Podziwiamy piękne chmury na błękitnym niebie i dziką przyrodę. Zanim dopłyniemy, jeszcze jedna wodniacka przygoda: nagły deszcz i szkwał niemalże spychają nas na kamienistą łachę. Machamy w ulewie w całych sił wiosłami i udaje nam się wpłynąć pod drugi brzeg, na głęboki tor wodny wzdłuż zacumowanych barek. Jacek czeka z miejscem na biwak w Dąbrówce Morskiej, w okolicach Koszyc, na 143 km Wisły. Biwakujemy na żwirowej szerokiej plaży, a nocą znów ulewa przerywa brutalnie ognisko. Krople bębniące o namiot towarzyszą nam do późnego rana.
Trzeci dzień
Dziś czekają nas przeprawy promowe. Zanim do nich dotrzemy, pożeglujemy trochę. Rzeka jest zdecydowanie szersza, wpada do niej Szreniawa i klika małych strumyków. Jest też głębsza i nurt szybciej niesie. Opalamy się, jest pogodnie, a upał na wodzie nie dokucza tak mocno. Zawsze można się ochłodzić, wystawiając nogi za burtę. Byle w sposób kontrolowany. Nie zawsze to się uda, o czym przekonują się koledzy, gdy ich Zyga wpada z dużą prędkością na podwodną przeszkodę. Jeden z kolegów wziął niezaplanowaną kąpiel, a reszta trochę potłukła się wpadając do kokpitu. To przypomina, że na Wiśle nie można czuć się do końca bezpiecznie. Przed promami, ze względu na nisko wiszące liny, musimy złożyć maszty. Tu, w miejscowości Ujście Jezuickie do Wisły wpada Dunajec, prawie równy jej rozmiarem. Po lewej stronie rozkłada się miejscowość Opatowiec, a pomnik komendanta Piłsudskiego wzniesiony tuż przy przeprawie upamiętnia jego pierwsze walki w 1914 roku. Niedaleko za promem czeka nas przyjazne miejsce. Biwak rozkładamy na malowniczej skarpie obok „Karczmy w Starym Młynie", obiekcie firmującym się przynależnością do Szlaku Kulinarnego województwa świętokrzyskiego. To Opatowiec, 160 kilometr biegu rzeki Wisły.
Czwarty dzień
Rano, zanim będziemy mogli znów postawić maszty, przepływamy pod liniami kolejnego promu, tym razem w Nowym Korczynie. Widać kolejkę aut i kilku pasażerów. Wisła jest coraz szersza, a po tym, jak wpada do niej największy lewobrzeżny dopływ – Nida, rozlewa się szeroko. W zakolach tworzą się zatoczki i czasami rzeka wygląda jak mały zalew. Zauważamy, ze w łódce pojawiło się trochę wody. Wybieramy ją za pomocą gąbki, ale wygląda na to, że sytuacja wymaga interwencji. Prawdopodobnie szorując czasem po kamieniach, uszkodziliśmy zatyczki w dnie łódki. Ale wokół tyle sprzętu szkutniczego. Odpowiedni patyczek, kamień rzeczny do pobicia – i łódka naprawiona. Brzegi porasta wiklina, z której od lat mieszkańcy wyrabiają koszyki ( stąd nazwa Koszyce) i wiklinowe sprzęty. Zmienia się oznakowanie – dotychczasowe kwadraty i krzyże zamieniają się na tyczki wbite w brzeg lub wyspy. Zmienia się też rzeka – pojawiają się rozległe piaszczyste łachy. Stada mew rezydujące na nich na nasze sąsiedztwo reagują demonstracyjną ewakuacją. Nie chcą pozować do zdjęć.
Wiatr wypełnia żagle, zmieniając się co chwilę. Miejsca do manewru nie ma wiele, bo rzeka jest głęboka tylko w wąskim torze wodnym, meandrującym wokół piaszczystych łach. Pojawiają się szerokie plaże, czasem zajęte przez wędkarzy, którzy pozdrawiają nas przyjaźnie. Na rzece pojawiają się zielone wysepki porośnięte wikliną i trzcinami. Nadal chłoniemy smak wakacyjnego lenistwa. Żeglowanie po Wiśle ma swój smaczek, czujemy się odizolowani od cywilizacji, sami między wodą a niebem, z malarskimi deseniami chmur.
Dzisiejszy postój planowany jest przed Szczucinem, za zielonymi wysepkami. Chcąc dostać się do zatoczki odgrodzonej kamienną ostrogą, trzeba pokonać bardzo silny nurt, który spych nas na mieliznę. Łódka obraca się wokół osi i .. koniec pływania, na nic machanie wiosłami. Koledzy wyskakują i spychają łódkę, ja trzymam ster. Gwałtowne przegłębienie sprawia, że krok z mielizny prowadzi w głębię ( tak bywa w życiu często, a na Wiśle to typowe). Zbyszek i Włodek wpadają po uszy, a przecież cały dzień myśleliśmy o tym, żeby zaliczyć kąpiel w Wiśle, więc szybko dołączam i gdy łódki stoją bezpiecznie w zatoczce, pławimy się do woli.
Tu mamy ostatni biwak – trzeba wspiąć się na skarpę i przedrzeć przez chaszcze, a za nimi boski widok: łąka jak malowana, z rzędem starych rosochatych wierzb. Namioty stawiamy wśród snopków siana, przy kępach dzikiego chrzanu. Przyda się na kiszonki ! Zachodzącego słońce złoci łąkę i szeroką rzekę - sielankowy obraz zachwyca, a tu czas na pożegnalne ognisko.
Piaty dzień
Po raz ostatni budzi nas śpiew ptaków i słońce ogrzewające rankiem namioty. Pożegnalna jajecznica z 40 jaj na śniadanie. Ale cóż..nic nie trwa wiecznie Pakujemy sprzęt, zwijamy namioty i do łódek Ten etap jest bardzo krótki, zaledwie dwa – trzy kilometry. Dobijamy do brzegu za mostem w Szczucinie, na 190 kilometrze, po prawej stronie, do stanicy WOPR. Tu przyjeżdża ostatni obiad z Hornu, a łódki wyciągane są na brzeg. Bilans spływu dodatni: załogi i sprzęt dotarły w całości, a wrażeń przybyło co niemiara. Rozstajemy się z postanowieniem, że za rok w tym miejscu rozpoczniemy kolejny etap naszego spływu.

 

HORN WISŁA5

HORN WISŁA 4

HORN WISŁA2HORN WISŁA1

Elzbieta Tomczyk- Miczka
Zadanie jest współfinansowane ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014 - 2020 – Edycja 2015

 

Data: 2012-12-17 Pokaż metkę
Osoba publikująca: ELŻBIETA DOBRZYCKA
Podmiot publikujący: Dla seniora